24 Kwiecień 2013

Pierwsze, wiosennne chwastobranie

21 IV 2013, a na wsi jeszcze jest bardziej szaro niż zielono, lecz gdy widzimy wzdłuż dróg i rowów uśmiechające się do nas złociste podbiały możemy być pewni – wreszcie jest przedwiośnie.

Na spacer po bezdrożach Mazowsza zostałam wyciągnięta w bardzo praktycznym celu: szukania tego co dziko rośnie, a nadało by się do zjedzenia. Wbrew pozorom, aby zjeść teraz coś zielonego nie musimy koniecznie kupować importowanej rukoli, pędzonej bazylii czy pietruszki. Po zieleninę wystarczy czasem się tylko schylić. Jakie zalety ma takie dziwne jedzenie? Może to jedynie jakaś ekologiczna choroba lub nowa religia, by wsuwać chwasty? Na pierwszy rzut oka może to wyglądać dziwnie, ale jest kilka racjonalnych powodów takiego postępowania.

Po pierwsze – w ten sposób urozmaicamy nasza dietę. Można oczywiście analizować zawartość takich czy siakich witamin i soli mineralnych, ale czy musimy na wszystkim się znać? Wiadomo jest, że jedząc po prostu różnorodnie mamy większą szansę dostarczyć organizmowi to co mu brakuje niż zaopatrując się tak w naprawdę jednostajną żywność w supermarkecie.

Po drugie – jedzenie z takich zbiorów jest na pewno o wiele mniej zanieczyszczone nawet gdy pochodzi z miasta. No, może niekoniecznie musimy zbierać je przy samej drodze.

Po trzecie – zdobywając je, przy okazji zażywamy zdrowego ruchu, poznajemy nasze najbliższe środowisko i zaczynamy doceniać to co nas otacza.

A po czwarte – Food Miles czyli im mniej kilometrów jedzie nasz posiłek do naszego talerza tym środowisko jest czystsze, i tym więcej kasy pozostaje w naszym portfelu.

Na razie jestem bardzo początkującym chwastożercą, a z resztą jak widać zbiory z tej niedzieli skromniutkie, ale co tam, pierwsze koty za płoty… Podbiał stoi teraz u mnie w miseczce z wodą. Na niedzielny obiadek zjadłam jego piękne słoneczne płatki z ziemniakami, a na śniadanko grzanki z liściem mniszka lekarskiego (popularnie i chyba błędnie nazywanego często mleczem).

Teraz, przynajmniej na wsi, gdzie wszystko wolniej się rozwija liście są trochę za małe do zbierania, ale już za chwilę będzie można zacząć robić ciekawe surówki i zielone twarożki z mniszka, krwawnika, może pojawi się już pokrzywa lub również wszystkim dobrze znana babka.

Jeżeli mamy własny ogród to można łatwo wyprodukować mniszek w dwóch kolorach. Kępkę listków przykrywamy papierową torebką, podziurawiona dla lepszego przepływu powietrza. Po kilku dniach liście stają się bladożółte.

Kto ma problem z zachwycaniem się zieleniną może zrobić sałatkę np. z dodatkiem gotowanego jajka, podsmażanym bekonem czy grzankami, doprawioną czosnkiem, cytryną, oliwą…

Życzę wiosennego tworzenia, podjadania, poszukiwania. Z tym, że jeżeli nie za wiele jeszcze wiemy o naszej rodzimej florze obowiązkowo trzeba sprawdzić co zbieramy i czy na pewno jest to bezpieczne do spożycia.

udostępnij

Komentarze

Nawzajem. A ja juz planuje zrobić coś z lisci podbiału - sporo jest pomysłow w necie nie tylko na gołabki, ale nawet na sól pełna minerałów.
A ja tam byłam i chwasty zbierałam :) To nowe dośwadczenie i dużo jeszcze przede mną, ale wyszukiwanie listków mniszka wśród zeszłorocznych, zeschniętych traw jest nielada przygodą. Muszę przyznać, że nawet nie wiedziałam do tej pory, że te żółte kwiatki, które nie raz widziałam przy leśnych dróżkach to podbiał. Dokładnie ten sam, który kupowałam w aptece jako lekarstwo na chore gardło :) Mam ochotę na więcej i z chęcią spróbuję młodych listków brzozy, czy jakichś słodkich kwatków. Różnorodność jest fajna. Dziękuję Myszko. p.s. a przywiozłam z tej wyprawy ciekawe pamiątki. Jedna stoi na szafie i czeka aż będzie można ją zjeść, a z drugiej wykonam ciekawy świacznik ;)

Dodaj komentarz